loader image

Mecz, który przejdzie do historii: Śląsk Wrocław pokonany przy Prószkowskiej

17 maja, 2017

Sezon 2016/17 koszykarze Weegree AZS Politechniki Opolskiej zapamiętają bardzo dobrze. W I rundzie Play-Off wyeliminowali w trzech meczach MCKiS Termo-Rexa Jaworzno, by w drugiej rundzie ulec także w trzech meczach Śląskowi Wrocław. Spotkanie w Opolu przejdzie jednak do historii naszego klubu.

1 kwietnia do Opola przyjechał siedemnastokrotny mistrz Polski, który zaczął odbudowę swojej potęgi od II ligi. Podopieczni Dominika Tomczyka i Jacka Krzykały tydzień wcześniej triumfowali we Wrocławiu niemalże 30 punktami, 85:57. Oczywistym było, że do Opola przyjechali zakończyć serię. Tak szybko się to jednak nie skończyło.

Już od pierwszych minut w szeregach naszej ekipy brylował Piotr Suda, dla którego mecz ze Śląskiem był… zaledwie drugim meczem, który rozpoczął w pierwszej piątce. Popularny „Piter” bardzo szybko „podziurawił” kosze przy Prószkowskiej, trafiając dwie trójki. Pierwszą kwartę zakończył z 10 punktami, a na tablicy wyników wrocławianie prowadzili tylko jednym punktem.

Podopieczni trenera Tomczyka i Krzykały byli bardzo pewni siebie, ale w drugiej kwarcie szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Duet Chmielarz – Leszczyński zaczął rozbijać obronę siedemnastokrotnych mistrzów Polski, co przyniosło naszej ekipie zryw 14-4 i prowadzenie sześcioma punktami. W końcówce jednak Śląsk przycisnął opolan, dzięki czemu po pierwszej połowie mieliśmy remis po 41.

Po przerwie na parkiecie lepiej wyglądali wrocławianie, w których szeregach rządził Mateusz Stawiak – po obu stronach parkietu. Problemem naszej ekipy były faule, a jedyny nominalny rozgrywający – Krzysiek Chmielarz w połowie trzeciej ćwiartki miał ich już na swoim koncie cztery. Potrzebna była interwencja Jędrzeja Sudy, który wprowadził zmiany. Trzeba podkreślić jedno – dobre zmiany, bowiem ostatecznie wygraliśmy tę kwartę czterema punktami.

Ostatnia kwarta pokazała piękno sportu, bowiem Śląsk Wrocław przegrywał już 10 punktami, ale mimo to  był w stanie odrobić stratę. Nieprawdopodobne rzuty trafiał Wojtek Leszczyński, któremu obojętne było jak blisko niego stał obrońca. Po 40 minutach na tablicy wyników mieliśmy remis po 82, choć w ostatnich sekundach zanotowaliśmy przechwyt, którego jednak nie udało się zamienić w zwycięskie rzuty. Mieliśmy więc dogrywkę.

W dogrywce również nie brakowało emocji, bowiem goście dzięki dwój trójkom odjechali naszemu zespołowi. Wtedy sprawy swoje ręce wziął ponownie Leszczyński, do spółki z Krzyśkiem Chmielarzem, który oddając swój ósmy rzut za trzy w meczu… trafił po raz pierwszy! Po akcji Jakuba Musiała mieliśmy remis 94:94 i 5 sekund do końca. Piłka trafiła w ręce popularnego „Leszcza”, który był faulowany… przy rzucie z połowy na 0,8 sekundy do końca. Trafił jednego z trzech osobistych, dzięki czemu nasz zespół świętował zwycięstwo 95:94.

– W końcówce zaliczyliśmy kilka łatwych strat, kilka rzutów nie wpadło do kosza i swoją grą nakręciliśmy przeciwnika, który wykorzystywał każdy nasz błąd – mówił na gorąco po meczu jeden z bohaterów, Piotrek Suda. – W zasadzie, to my sami daliśmy im szansę na zwycięstwo. Na szczęście dla nas, udało nam się doprowadzić do remisu i wygrać po dogrywce. Cały czas wierzyliśmy w zwycięstwo i się udało – dodał.

Głównym bohaterem tego meczu był Wojciech Leszczyński, który wybrany został do najlepszej piątki sezonu zasadniczego. Nasz rzucający na parkiecie spędził niemalże 45 minut, w trakcie których zanotował 32 punktu, 13 zbiórek, 3 przechwyty, co przełożyło się na eval 36. To jednak nie wszystko, bowiem warta wspomnienia jest również skuteczność – 4/8 za 2, 5/9 za 3 i 9/12 za 1. Rywale aż ośmiokrotnie zmuszeni byli do zatrzymywania Wojtka w nieprzepisowy sposób.

STATYSTYKI Z MECZU

To zwycięstwo było zdecydowanie największym sukcesem naszego zespołu w sezonie, jeśli nawet i nie w historii, bowiem siedemnastokrotny mistrz Polski poległ w Opolu, odnosząc zaledwie trzecią wówczas porażkę w sezonie.

Po hucznym zwycięstwie klub zorganizował wyjazd dla kibiców na mecz we Wrocławiu. Kibice dopisali, bowiem do stolicy Dolnego Śląska wybrali się dwoma autokarami. W legendarnej „Kosynierce” słychać było ich, a nie miejscowych kibiców. Mimo, że przegraliśmy 89:69, to zostawiliśmy po sobie ślad. Teraz musimy pójść za ciosem i rozegrać równie udany sezon, który ruszy pod koniec września.

Skip to content